1. Potrzebna jest krew dla dziecka chorego na bialaczke. BRh- to bardzo rzadka grupa krwi. Kontakt: Marzena Czyz 515 250 700. Bardzo pilne! 2. Prosimy o modlitwę za księdza Tomasza Jochemczyka, który jest poważnie chory.

Oby tylko ,, wygrzebać się na czas "... I rozmowa z Zygmuntem Miernikiem - Norbert Polak

 
   Chociaż będzie krótko, jednak ciekawie... Rzeczy o panu Grzegorzu; pewnym panu Eugeniuszu; wyśmiewającej, ale sympatycznie, pani; znanym ministrze; panu Zygmuncie; masonie; obiedzie; palącej pani, która śmiała się przerażona, słysząc słowa ordynatora; i o tym, jak w pewien dzień stałem się baranem.

   A wszystko zaczęło się od II Szturmu na Sejm. Najpierw mogłem zrobić bardzo blisko zdjęcia ,, kontrowersyjnemu " kapłanowi, księdzu profesorowi Piotrowi Marii Natankowi ( http://isidorium.blogspot.com/2017/05/relacja-z-ii-szturmu-na-sejm-czesc-1.html ), następnie szokujące dla prawicy zdjęcia pana Grzegorza uniżonego i serdecznie ściskającego się z księdzem Piotrem ( http://isidorium.blogspot.com/2017/05/szokujace-tych-zdjec-nie-ma-nikt-w.html ), a potem szukanie swych przyjaciół w tłumie blisko 1000 osób. A oto, co działo się później:
   Na horyzoncie: Widzę. Jest. Nareszcie podejdę. Już jestem. Czekam jednak chwilkę. O,o... Do pana Grzegorza zbliżają się kolejni fani. Gratulują. Jedna rycerka mówi: ,, My się tak cieszymy, że dwie największe szable Rzeczypospolitej Polskiej spotkały się na Marszu. "
W międzyczasie rozdaję wizytówki - jak taki dostojny i to tłum, to lepszej okazji być nie może.
Ludzie odchodzą. Wreszcie mam szansę. Krótki wywiad i wracam pożegnać się z przyjaciółmi, a później na obiad - zdążyć z 3-godzinnym postem na tradycyjną Mszę Najświętszą. Jednak... Pewien starszy pan w okularach ciągle rozmawia z panem Grzegorzem. W końcu mówi, by poszli razem na parking. Myślę sobie: ,, No nie, teraz to już chyba się nie uda... " Aliści nie. No nie da się - przecież to Braun! Nie mieć z nim wywiadu po Szturmie, to prawie tak, jakby Szturmu... wcale nie było. Nie no, żartuję. Byłaby jednak strata. Podchodzę odważnie, przerywając niejako rozmowę.
- Panie Grzegorzu, czy można by jeszcze...
Pan Grzegorz już błagalnym wzrokiem i z wystawionymi rękami w kształcie modlitwy.
- króciutki wywiad, odpowiedź na jedno pytanie - takie podsumowanie Szturmu.
Braun pokazuje zegarek. Z jego miny widać, że jest mu głupio, że chciałby, ale się spieszy. W końcu jednak ulega.
Zaczynamy wywiad. Wywiad, który w najbliższym programie (chyba już w środę) będzie leciał przez tydzień w Radiu Pomost Arizona, jako dodatek na koniec mego przydługiego komentarza (kilkanaście minut) do również relacji, którą zdam na jego falach z ,, Zamachu Majowego ".
   Po wypowiedzi pierwszej szabli Korony, mówi do mnie ów starzec:
- Wiesz co, ja Cię podwiozę do miasteczka namiotowego, bo dzisiaj będzie tam Zygmunt Miernik.
Zapaliła mi się zielona lampka. Zygmunt Miernik... Przecież to ten słynny opozycjonista, co rzucił tortem w komunistyczną sędzinę. Cóż za zaszczyt. I cóż za materiał. Poszerzymy widownię. Atoli... zaraz. Przecież jestem umówiony. Co robić? Dokąd teraz iść? W którą stronę? Ludzi łapać, na obiad, czy autem do miasteczka namiotowego i Miernika?
W końcu, nie wiedząc co powiedzieć, mruczę: ,, No, dobrze... "
Pan Grzegorz odchodzi. My rozmawiamy z panem, co stoi z tabliczką przeciw działaniom Gronkiewicz-Waltz i Tuska. Podchodzą jakieś panie. No nie, kolejne liberalno-lewicowe. Jedna się śmieje z naszych twierdzeń, przynajmniej robi to, hehe... bardzo sympatycznie. Druga mówi ciągle o miłości do wszystkich i wszystkiego. Odpowiadam tej drugiej. W końcu dochodzimy do masonerii. Ona się mnie pyta:
- A czy widział Pan kiedykolwiek masona?!
Zbaraniałem. Przecież nie trzeba samemu go spotkać, żeby wiedzieć z tylu źródeł, że oni prężnie działają. Poza tym, gdybym spotkał, to albo musiałby być głupi, by mi się ujawniać, bo byłby zbyt pewny siebie, albo musiałbym mieć dziwne kontakty...
Wyjaśniam jej, że znam osobiście człowieka, któremu proponowano w wieżowcu obok dworca centralnego w Warszawie wstąpienie do masonerii. To tradycyjny katolik, filozof i polityk. Odmówił. Przytaczam przykład włoskiej loży ,, Alta Vendita " z XIX wieku, która mówiła o planie otoczenia papieża przez złych doradców.
- E, z XIX wieku... - nie uznała faktu słuchaczka.
Zbaraniałem po raz drugi. To skąd ja jej masona wytrzasnę?!
Ona mówi o miłości. Z kontekstu, bo nie wprost, wynikało chyba, że chodzi jej o to, aby wszyscy się kochali, aby się nie kłócili, nie oskarżali, nie walczyli ze sobą i jeszcze raz, by wszędzie panowała miłość... Odpowiadam jej, że owszem, ale nie ma czegoś takiego, jak wolność (bo było to w kontekście tematu miłości) bez odpowiedzialności. No i tak próbowałem dojść do porozumienia na podstawie rozumnej, logicznej argumentacji i podania właściwego pojęcia miłości, jako również odpowiedzialności za dobro społeczeństwa. Niestety, nie dogadaliśmy się... Zaczęły odchodzić. Na koniec rozmówczyni posłała pocałunek ręką, a ja stałem poważny, bo nie wiedziałem, czy powinienem się zdenerwować czy odpowiedzieć jej podobnie. Znowu zbaraniałem...
   Wreszcie, po jeszcze rozmowie z panem ze słuszną tabliczką, mieliśmy się udać do samochodu. Wcześniej jednak, patrzę... Nie, to niemożliwe. A jednak! To Tomasz Siemoniak, były minister obrony w rządzie platformersów, wychodzi z Sejmu! Wyciągam szybko aparat. Oby tylko, tym razem, ,, wygrzebać się na czas ". Jest! Sukces! Wyciągam. Siemoniak przerażony, że ktoś chce zrobić mu zdjęcie. Lekko przyspiesza swym i tak żwawym krokiem. Mam! Tylko czy wyszło, czy nie rozmazane znowu? Nie zdążyłem przeglądnąć i ochłonąć z wrażenia, bo starszy pan zakrzyknął: ,, Ty  Hochsztaplerze od Caracali! ". Siemoniak uciekł do księgarni. Dlaczego do księgarni? Okazało się, że gdzieś blisko jest również wejście do siedziby PO.
   Nareszcie udajemy się do samochodu. Okazuje się, że mój rozmówca to ordynator. Mówi do pani, co idzie z mężczyzną. ,, Droga Pani, nie warto palić papierosów... " Pani nie chce słuchać, śmieje się przerażona. On nie daje za wygraną. Dalej ciągnie, ale spokojnie. Wyjaśnia jej.
- Droga Pani, ja już nie takie przypadki widziałem. Operowałem... - kontynuuje, wymieniając jakieś bardziej ścisłe pojęcia. O dziwo, udaje się przekonać palaczkę. Może po tej rozmowie rzuci palenie.
   Wchodzimy  do auta. Pytam w końcu: ,, Przepraszam, głupio pytać, ale jak się Pan nazywa? Bo ja Norbert Polak. Czym się Pan zajmuje? " Odpowiada: ,, Nazywam się Eugeniusz Szostak. Jestem ordynatorem. Możesz mnie czasem zobaczyć w Telewizji Republice. "
   Wow... To dopiero. Pytam zatem dalej, bo coś mi się może o uszy nazwisko obiło:
- A czym się Pan zajmuje? Wydaje mi się bowiem, z tego co usłyszałem od Pana, że ma Pan poglądy antykomunistyczne i patriotyczne?
- Synu... - powiedział jakoś tak dziwnie.
- W 1964 założyliśmy związek antysowiecki... - zaczął opowieść.
- Byłem za to internowany przez kilka miesięcy. Teraz działam... - nie pamiętam, co wymienił, chyba również coś antykomunistycznego.
Po drodze w lampę uderzył tyłem jakiś drogi samochód. Szkoda było patrzeć - tyle pieniędzy, a tak szybko stracone. Niemniej, była jedynie stłuczka i małe zniekształcenie tylnej części.
W trakcie naszej rozmowy miało już dojść do spięcia. Pan Eugeniusz powiedział:
- Jestem zielonoświątkowcem. Nie od tych protestanckich sekt. Nie jestem katolikiem, bo dla mnie celibat w Kościele Katolickim jest rzeczą głupią.
Już chciałem mu logicznie odpowiedzieć, chociaż byłoby głupio, bo wiózł mnie na tak ważne spotkanie własnym autem, a coś mi się wydawało, że nasze podkręcone charaktery rozpętałyby burzę i to ostrą. Milczałem. Słuchałem dalej, co powie. Najwyżej coś delikatnie bym wtrącił.
- Jednak, gdy pewien młody głupek paskudnie gadał na Kościół Katolicki, ja go publicznie zgromiłem. ,, Gdybyś nie miał, Synu, Kościoła Katolickiego w Polsce, to by Polaków już nie było! To Kościół był ostoją polskości za komuny i wcześniej. Więc nie mów tak! " Cóż, to było godne pochwały. Nie mogłem się nie zgodzić.
- Wiem jednak, że Ty się interesujesz religią, a ja polityką, więc Ciebie nie będzie to obchodziło, a mnie to. Zmieńmy temat, bo i tak nie znam się na argumentach religijnych.
To było dziwne, choć i zabawne. Hehe, zgodziłem się w duchu. I znowu jak baran w kolejnej sytuacji.
   W końcu dojechaliśmy. Miasteczko namiotowe - zrobiło wrażenie. Nie wiedziałem, że tyle tam przyczep kempingowych i że jest ono dosyć duże, a nie jest tylko kilka namiotów po jednej stronie rozłożonych. Plakatów dużo i bardzo ciekawe, choć w treść trzeba by się zagłębiać. Niemniej, już mi się spodobało. Można powiedzieć, rebeliancki i lokalny folklor... Coś, za czym wprost przepadam.
   Było kilku panów. Jeden z nich, już w samym garniturze, okazał się rycerzem Chrystusa Króla. ,, My chyba się znamy... " - powiedział z miłym uśmiechem. ,, Nie poznaję, niestety... " - odrzekłem. ,, Również byłem na Marszu. "
Ucieszyłem się. I niech mi ktoś powie, że to ludzie ,, fanatyzm religijny " uprawiający jedynie. A tu nie - działalność patriotyczna. Konkretne działania. Rycerze - część jest wielofrontowa w wykonywanych zadaniach. I nie aż tak jednolici, jak ,, w jakimś szariacie ", jak by to rzekli ich bezbożni przeciwnicy.
Trwała rozmowa. Ja odszedłem na bok, by zapoznać się z niezwykłym miasteczkiem i treściami opublikowanymi na plakatach. Pan Eugeniusz zadzwonił po Miernika:
- Chodź tu, Ty Kryminalisto! - powiedział zabawnie i zdecydowanie.
- Co mówisz, że nie... Przecież jesteś kryminalistą. - nie ustępował w swej żartobliwej wypowiedzi.
   Będzie za 15 minut. Przybędzie ten, który znany jest w całej Polsce. Jak się później okazało, i na świecie...
   Ja jednak dzwonię na boku do przyjaciół. Przecież nic więcej o Mierniku nie wiem, ponad to, że rzucił tortem w jakąś sędzinę, co jakiegoś komunistycznego zbrodniarza skazać nie chciała... Dzwonię do najbardziej poinformowanej osoby. Nie odbiera. Dzwonię do drugiej, z Warszawy również. Nie wie w ogóle - w sumie nie ma u siebie telewizora, w końcu to dobrze, naprawdę. Dzwonię do trzeciej. Znowu coś nie tak. I chyba do czwartej. I znowu nic.
,, Panie Boże, co ja teraz zrobię? " - pytam przerażony. ,, Matko Boża, co teraz? Aniołowie Boży, pomóżcie mi! Niebiosa, tu taka gwiazda, a ja w ogóle nieprzygotowany, skompromituję się, co to ze mnie za dziennikarz?! Pomóżcie! " Szukam informacji na plakatach. Wiele jednak napisanych w formie publicystycznej lub traktujących o innych, podobnych sprawach.
   Przybył. Jak zawsze, niepozorny, choć poważny człowiek, rzec by można.
- Przyprowadziłem Ci młodego chłopaka z Krakowa, co chciałby z Tobą wywiad przeprowadzić... - rzekł pan Szostak.
   Jeszcze potrwała rozmowa.


   W końcu wszyscy się żegnają, a pan Miernik zaprasza mnie do przyczepy, skoro mamy robić wywiad. Nie dość jednak, że nie wiem, czy to rzeczywiście sąd, przed którym miasteczko rozłożone, i jak się nazywa, to jeszcze ziemia dosłownie się trzęsie! Jeżdżą obok auta, a ja czuję pod sobą, jak by jakieś bombardowanie Warszawy następowało, co rusz. Później się dowiedziałem, że pod chodnikiem jest garaż i to może powodować... przesuwanie się chodnika. Cóż, trochę nie chce mi się wierzyć, że to tylko to. Zawsze można zwalić na Tuska, hehe...
   Wchodzę do przyczepy. Pan Zygmunt, po wstępnej, dłuższej i miłej, spokojnej rozmowie, prosi swoich o zamknięcie drzwi i niewchodzenie. Ostatnia wychodzi jakaś wesoła pani.
   W końcu mówię:
- Panie Zygmuncie, szczerze mówiąc, to ja tu się znalazłem troszeczkę przez przypadek... - uśmiecham się, oczekując straszliwej reakcji gościa.
On jednak nic. Jest pogodny. Mówię dalej:
- Szczerze mówiąc, to znam Pana historię tylko stąd, że rzucił Pan tortem w sędzinę, która nie chciała komunistycznego zbrodniarza skazać...
- Ależ nie wiadomo nawet, czy to byłem ja, hehe... Mówią, że to ja, ale nie ma żadnego dowodu w postaci nagrania video. To mógł być mój brat bliźniak.
Na chwileńkę przerwał.
- Tylko problem w tym, że ja niestety nie mam brata bliźniaka. - skończył żartobliwe opowiadanie.
   Mówił dalej. W pewnym momencie poprosiłem go, byśmy zaczęli to nagrywać. Zapytał się, tak po prostu, gdzie to się ukaże. Mówię:
- W Radiu Pomost Arizona, u pana Wiktora Żółcińskiego, może go Pan zna.
- Nie kojarzę.
- On był w Solidarności szefem rencistów.
- Może coś mi to mówi.
   Zaczęliśmy nasz wywiad. Ponad 28 minut.
   Niestety, słusznie mówi moja pani profesor, że lepiej nie spisywać później wszystkiego jak jej koleżanki i się męczyć, ale notować na bieżąco najważniejsze rzeczy. I później odtworzyć.
   Ja niestety tak nie zrobiłem. I stąd nie pamiętam nawet treści rozmowy. Wcześniej, na dodatek, szukałem odpowiedniego mikrofonu, który mógłbym przypiąć do koszuli pana Zygmunta i zredukować szum jak najmocniej, bo obok auta dużo dźwięku wyrabiały. Jeszcze ta trzęsąca się ziemia, przerażające... Niestety nie znalazłem. Przyczepiłem inny. Może się uda.
   Okazało się jednak, że to nie pomogło. Był straszny szum.
   Jednak kilka rzeczy z naszego wywiadu i rozmów okrężnych pamiętam.
   Pan Zygmunt mówił o straszliwych przypadkach patologicznego systemu w sądownictwie.
Powiedział, że potrzeba reformy, polegającej na wprowadzeniu ławników, tak, jak w Stanach Zjednoczonych, aby sędzia był jedynie tym, kto dostosuje werdykt do obowiązujących przepisów prawnych. Wracając do jego historii, wyjaśnił, że został po incydencie z tortem skazany na 10 miesięcy więzienia, jednak zwolnionym po 5-ciu. Dalej jednak, jak twierdzili jego koledzy, jest więźniem politycznym, gdyż skandalem jest, iż szczery i słuszny (jakkolwiek różne są opinie, co do słuszności, bądź co bądź, zastosowania agresji w postaci rzucenia tortem, w ramach sprzeciwu, walki z ,, zalegalizowaną komuną ", tak powiedzmy) czyn przeciwko bujnie rozbijającej się po kraju kasty komunistycznych sędziów, prawników i służb, a nawet prokuratorów. Powiedział, że przychodzą do niego listy nie tylko z kraju, ale i całego świata w liczbie tysięcy. Pan Zygmunt odpowiedział na moje pytanie: ,, Jak to wreszcie jest z Kukizem? Bo najpierw mówili, że został wypuszczony przez Kaczyńskiego, potem, że przez Schetynę, a część uważa go za szczerego patriotę, a niektórzy za niby głupiego estradowca... " Stwierdził, że wokół Kukiza rzeczywiście zaczęli pojawiać się ludzie ze służb. Następnie powiedział, że nie wiedział, czy głosować za Dudą czy Komorowskim, bo PiS to ta część okrągłego stołu, która po prostu nie poszła na współpracę z drugą częścią okrągłego stołu. Komorowski z kolei był o tyle bezpieczniejszy, że nie miał za sobą tak naprawdę żadnego kapitału, kogoś, kto by się za nim wstawił (mógł być taką marionetką na wietrze). Nie pamiętam, na kogo w końcu oddał głos. Pan Zygmunt powiedział również, że musimy się wreszcie zjednoczyć, a nie być rozbitymi na prawicy i nie móc nic wspólnie działać. Docenił szczere chęci Grzegorza Brauna, który do zjednoczenia dążył, ale się nie udało.
   Pan Zygmunt okazuje się bardzo miłym i spokojnym człowiekiem.
Szkoda, że nie mogłem się spotkać po Szturmie z moimi przyjaciółmi, którzy to wszyscy się zjechali, jednak, widocznie, taka była Wola Boża. A Pan Bóg daje najlepsze rzeczy, co widać z naszego opowiadania.

   I to właściwie tyle. Spokojnie, na Najświętszą Ofiarę w klasycznym rycie rzymskim zdążyłem. Chociaż byłem padnięty (niewyspany, próbując uruchomić program do transmisji na Youtube przez kilka godzin w nocy, tuż przed wyjazdem, co się jednak nie udało) i na kazaniu wręcz już usypiałem, na, jak to powiedział pewien anglikański konwertyta, ,, najpiękniejszej rzeczy po tej stronie Nieba " byłem. I to na Mszy Najświętszej odprawianej chyba najgodniej w Polsce (spośród tych, na których dotąd byłem) przez młodego kapłana Wojciecha, który nie ma własnej parafii, ale wziął go do siebie inny starszy kapłan, który również w tradycyjnym rycie celebruje i kochanego księdza Wojciecha dalej przyucza.